Jak biec maraton?

 

jak biegac maraton 798Przed wieloma z nas w najbliższych tygodniach starty maratońskie. Kończymy przygotowania, do maratonu pozostaje kilka dni, podczas których … nic już nie można poprawić, ale wiele można niestety zepsuć. Te ostatnie kilka dni przed startem są bardzo specyficzne – wiele czynności wykonujemy tylko i wyłącznie właśnie w tym czasie, na przykład częste sprawdzanie pogody na kilka dni wprzód, w szczególności wiatru i temperatury. Uważamy bardziej niż zwykle na dietę, w szczególności podczas trzech ostatnich dni przed biegiem.  Zastanawiamy się znowu jak biec maraton, pomni doświadczeń z poprzednich biegów. Pomimo 20 ukończonych (i 2 nieukończonych) maratonów, każdy kolejny start potwierdza moje przekonanie, że niestety, proste pytanie jak biegać maraton nie ma niestety równie prostej odpowiedzi.

 

Spróbuję choćby częściowo stawić czoła temu wyzwaniu. Poniżej  wymieniam te czynniki (zarządzalne przez biegacza), które w największym moim zdaniem stopniu wpływają na końcowy sukces. Postanowiłem przyjąć nietypową konwencję: podzieliłem dystans 42 kilometrów na siedem równych, sześciokilometrowych części, dla każdej z tych części określam w jednym zdaniu coś kluczowego, jedną myśl, o której spróbujmy pamiętać. Więcej i tak nie damy rady 🙂

 

Jak więc już teraz widzicie, to, na czym się skupię, będzie to taktyka maratonu, nie będę w ogóle dotykał:

– kwestii przygotowań i planu treningowego

– diety w tygodniu przedstartowym

– ubioru i odżywiania się podczas biegu

 

Nie zajmuję się także tym jak określić wynik, na jaki powinniśmy biec. Jedno jest jednak konieczne do zaznaczenia: wynik ten musimy zawsze rano w dniu startu skorygować o dwa elementy: samopoczucie w danym dniu oraz pogodę.

 

No to zaczynamy. Oto moje TOP7 jak biec maraton:

 

Spoooooooookój (0 – 6 km): Ruszamy tak, żeby mieć poczucie, że … truchtamy! Około 5 – 8 sekund na każdym kilometrze wolniej niż wynika ze średniego tempa biegu na wynik, w który celujemy. Dla przykładu, jeśli biegniemy na złamanie 3 godzin, to zamiast średniego 4’16” zaczynajmy nawet z 4’22 – 4’25”!

 

Radość ruchu (6 – 12 km): Nie zajmujmy się za dużo tempem, niech będzie takie jak było – tak sobie myślmy, zaręczam Wam, że i tak będziemy podświadomie pomalutku przyspieszać! Nasze mięśnie i stawy wchodzą właśnie w stan komfortowej, radosnej pracy.

 

Trening techniki (12 – 18 km): Czujmy się, jak gdybyśmy byli na jednym z wielu treningów. Wyobraźmy sobie, że trener poprosił nas o zwracanie podczas tego treningu szczególnej uwagi na rytm biegu i na prawidłową postawę. Zaangażujmy nasz umysł w kontrolę tych elementów. To odciąży nas od myślenia o wyniku. Świadomie nie piszę tu o tempie! Jakie będzie, takie będzie! A i tak wiem, że będzie nieco szybsze, niż w poprzedniej części 🙂

 

Wejście w “przelotówkę” (18 – 24 km): Dopiero na tym etapie biegu powinniśmy osiągnąć tempo średnie, które nazywam przelotowym. Tym razem, dla urozmaicenia – skupmy się na zabawie – każdy kilometr jak najbliżej tempa średniego. Ale nie szybciej!

 

Zabawa w wyprzedzanie (24 – 30 km): Jeżeli poprzednie 4 części biegu wyglądały u Was mniej więcej tak, jak opisałem, to ta właśnie, piąta część biegu, powinna być tą, która dam Wam najwięcej radości i satysfakcji. Zaczniecie systematycznie wyprzedzać kolejnych zawodników – tych, którzy biegli według innej, chyba nieco gorszej strategii … Bądźcie tu egoistami, nie boję się tego powiedzieć! Cieszcie się każdym wyprzedzaniem ale nie zwiększajcie z radości sztucznie tempa jeszcze bardziej. To niezwykle ważne i dość trudne. Biegnijcie swoje, na maksymalnym możliwym luzie. Jeżeli przekraczając linię 30 kilometra będziecie się czuli relatywnie świeżo – to właśnie o to chodzi. Teraz zacznie się bowiem dopiero prawdziwy bieg! Biegniecie już zapewne o kilka sekund szybciej, niż tempo średnie …

 

Dość lenistwa. Zaczynamy zawody (30 – 36 km): Tak, dobrze przeczytaliście. Właśnie tak szczerze sobie pomyślałem zarówno rok, jak i dwa lata temu, kiedy we Frankfurcie biegłem po życiówki (2:45:31 w 2013 roku i 2:44:12 w 2014 roku). Już na 30 kilometrze wiedziałem, że źle nie będzie i zarazem w tym momencie właśnie przestawiałem się z “zabawy” w “walkę”. Mam na myśli nie tyle zmiany w ruchach czy rytmie biegu (w tych obszarach jedyną chyba zmianą powinna odtąd być jeszcze aktywniejsza praca rąk oraz rozluźnianie rąk – “strząsanie” ich co 1-2 km), co w podejściu mentalnym – powinniśmy zacząć od tej chwili skupić się na każdym kroku i na utrzymaniu tempa. Tak, utrzymaniu a nie przyspieszaniu. Jestem pewny, że jeśli jesteście w danym dniu gotowi na wynik, jaki sobie zakładaliście, jeżeli dobrze przepracowaliście ostatnie miesiące, jeżeli nie zrobiliście błędów ubraniowo-dietetycznych i jeżeli pogoda nie spłatała figla, to … i tak przyspieszycie jeszcze nieco. Jeżeli zaś któryś z powyższych warunków nie został niestety spełniony, to i tak nic na to już teraz nie poradzicie.

 

Dać z siebie wszystko! (36 – 42 km): Nie będę oszukiwał – to wszystko, co wypracowywaliśmy przez pierwsze 30 kilometrów –  ta rezerwa, którą tak bardzo konsekwentnie trzymaliśmy – zarówno w obszarze fizycznym, jak i psychicznym – właśnie teraz ta skumulowana rezerwa energii musi się przerodzić w energię biegu – zakończenia z sukcesem tego, o co walczymy i do czego się przez tyle miesięcy przygotowywaliśmy. Tu już nie ma co dużo pisać… bo i tak o tym, co tu przeczytacie, nie będziecie za bardzo na tych ostatnich kilometrach pamiętać.
Powodzenia! Na Maratonie Warszawskim w najbliższy weekend, być może w Poznaniu w połowie października, a może – wraz ze mną we Frankfurcie… W każdym razie – właściwa taktyka maratonu to podstawa.

 

Maciek Górzyński

Share on Facebook0Share on Google+0Share on LinkedIn0Tweet about this on TwitterEmail this to someonePrint this page

 

SKOMENTUJ LUB ZAPYTAJ - CHĘTNIE ODPOWIEMY